Post zerowy

Cześć! Mam na imię Karolina, na co dzień studiuję kulturoznawstwo, piszę, fotografuję i zajmuję się zagadnieniami szeroko pojętej sztuki.

Moje słodkie blogowe dziecko powstaje jako rezultat nieograniczonej miłości do jedzenia; tego pięknego, oddziałującego na każdy zmysł, sprawiającego przyjemność nie tylko fizjologiczną, ale również czysto estetyczną. Lubię komponować w swoje otoczenie przedmioty przyjazne dla oka, jestem wrażliwa na różne typy zapachów. Jedzenie nie jest dla mnie jedynie zaspokojeniem nagłej potrzeby, ale źródłem zmysłowych doznań, którymi może nas uraczyć jeśli poświęcimy dla niego chwilę cierpliwości i zaangażowania.


Fotografowanie posiłków od dłuższego czasu stanowiło pewien stały, irytujący element mojego codziennego funkcjonowania. Zamykałam na kliszy małe arcydzieła, które udało mi się przygotować, lub pełna pewnego rodzaju arogancji rozsyłałam je w świat, chwaląc się niczym celebryta (gdyż co to kogo interesuje?) co dziś zjadam na śniadanie lub co wyrosło w moim ogrodzie.

Nie czuję się jednak zbyt przejęta opinią dziecka doby Internetu, roztrwaniającego swoje prywatne chwile w wszechświat (czy jedzenie- szczególnie w towarzystwie płci przeciwnej- nie jest jedną z najbardziej intymnych ludzkich czynności?) Długo zastanawiałam się nad startem z tego typu małym przedsięwzięciem, ale przecież ta z moich pasji jest wszystkim szeroko znana i nikogo nie dziwi już fakt mojego przywiązania do składników, planowania, cieszenia się z kulinarnych dokonań, a szczególnie niewyczerpalnej puli tematów do rozmów. (Swoją drogą, uświadomiłam to sobie dopiero dobry tydzień temu, kiedy chcąc opowiedzieć jakąkolwiek historię z moich ostatnich dni, nie potrafiłam nie poruszyć przy tym sfery gastronomicznej).

Skoncentrowanie dużej uwagi na tym, czym karmię siebie (oraz czym staram się zarazić moich najbliższych) wzięło się nie tylko z obecnego zachwytu nad kultem sylwetki, modnym dbaniem o siebie i wypromowaniem zdrowego stylu życia w mediach- czego okres dodatkowo przychodzi z wiekiem. Było efektem również przyjęcia przeze mnie pewnych wzorców moralnych i etycznych, według których zaczęłam postępować mniej więcej rok przed maturą i przymusem dbania o swoje własne zdrowie, które niestety przez całe dzieciństwo i okres młodzieńczy zostało potężnie nadwyrężone.

Niewłaściwa dieta, przejadanie się, podjadanie, spożywanie ogromnych ilości słodyczy i przyzwyczajenia, o których wstyd mi teraz pisać lub nawet wspominać, stworzyły ze mnie pulchniutkie, zakompleksione dziecko, nie wiedzące dlaczego jest takie słabe w sporcie lub wiecznie niezadowolone z własnego życia.

Przebite uszy w wieku 3-4 lat były powodem do dumy, jak również początkiem azs i nieustających alergii towarzyszących mi do dziś. W swojej kuchni muszę unikać metalowych naczyń i puszek, produktów bogatych w nikiel i kobalt (kiedy to prawie niemożliwe!) Kontroluję niepochłanianie dużych ilości tych najbardziej alergennych jak orzechy (od których niestety naprawdę jestem uzależniona niczym narkoman), cytrusy, truskawki itp.

Nie bronię się od słynnego glutenu, ale staram się przy własnych wypiekach używać mąk bezglutenowych, często własnoręcznie mielonych (sojowej, ciecierzycowej, jaglanej itp.) Mimo to odświętnie kocham wegański fast-food i z ciekawością badam, co nowego ma do zaoferowania ta strefa światowej gastronomii.

Mięso (ryby i owoce morza to również żywe stworzenia) porzuciłam w liceum, co jest jedną z najważniejszych i najpoważniejszych decyzji w moim życiu, której jestem wierna i której hołduję.

Zrozpaczona ilością niepotrzebnych składników lub tragiczną jakością produktów, które kupujemy na co dzień (E∞, ciasto głęboko mrożone, sztuczne barwniki i aromaty, najczęściej niepotrzebne mleko lub jaja) spędzam dużo czasu w kuchni na przygotowywaniu własnych wersji. Piekę domowe ciasta i chleb, produkuję roślinne mleko, majonez, słodkie smarowidła. Niekiedy jest naprawdę pracochłonnie, lecz kocham to.

Nie tylko żrę trawę, ale również pochłaniam kwiaty. Wczesną wiosną zbieram młode pokrzywy w czystym Ustroniu, bez i dzikie owoce na terenach zalewowych w Goczałkowicach lub stokrotki w swoim ogrodzie- to moi faworyci.

Posiłek z rodziną to dla mnie świętość, którą niestety celebrujemy najczęściej dopiero podczas świąt (z tradycji, przymusu), mimo tego jak bardzo pragnęłabym, żeby stało się to codzienną rutyną. Kiedy jednak spotykam się z głosami pełnymi niezrozumienia i zostaję sama w swoim (być może zbyt wyidealizowanym aby przystać do rzeczywistości) światku, urządzam w kuchni samowolkę i bawię się wszystkim, co znajdę pod ręką. Kocham bakalie, suszone owoce, owsianki i kasze. Najczęściej gotuję (na parze lub w wodzie). Zawsze do pół godziny wcześniej delektuję się porannym gorącym napojem, zazwyczaj zieloną herbatą. Z dobrą książką i na miękkim fotelu na balkonie- to ostatnio ulubione miejsce moich porannych (wakacyjnych) przesiadywań.

3, 2, 1, start! Smacznego, enjoy ;-)

4 komentarze:

  1. Witaj :) Ciekawy blog - będę zagladać częściej :) Możesz go dodać na vegespot.pl :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, ogromnie mi miło! Dziękuję i zapraszam :)

      Usuń
  2. Co ja paczę :) Będę śledzić i się inspirować! :)

    OdpowiedzUsuń